sobota, 11 maja 2013

maj

Ach, maj, najpiękniejszy z miesięcy! Kocham maj- jego zapachy, kolory, widoki, buchające kwiaty, wilgotny zapach ziemi, niepowtarzalny aromat wiosennego deszczu. Nawet męża majowego sobie sprawiłam. :)
tak świętowaliśmy 1 maja :)
Od połowy kwietnia rezydujemy właściwie na dworze- na balkonach, na działce nad jeziorem, na placach zabaw, pod blokiem. W tym okresie ciężko mi znaleźć czas na siedzenie przed komputerem, bo albo przebywamy na zewnątrz, albo jestem w pracy, albo nadrabiam zaległości w obowiązkach domowych, albo po prostu późnym wieczorem zapalamy mnóstwo świeczek na balkonie i popijamy piwko z małżonkiem- ostatnio odkryliśmy na osiedlu sklep Piwosz i namiętnie wypróbowujemy coraz dziwniejsze piwa z lokalnych browarów.
Majówka mimo mało letniej pogody była bardzo udana! Odpoczęliśmy bardzo, pospacerowaliśmy, pograliśmy w piłkę, poczytaliśmy, spędzając trzy dni na działce nad jeziorem.
I Nela i Julek jeżdżą już na rowerach bez bocznych kółek. U nas między blokami jest sporo małych placyków zabaw i alejek pośród zieleni, ulubiona zabawa teraz to jeżdżenie w kółko po tych osiedlowych zawrotkach, rondkach otaczających drabinki, alejkach i zatrzymywanie się żeby gdzieś zjechać albo wspiąć się. My mamy wygodne miejsce z którego któreś z nas ich ogarnia w miarę (mają przykazane nie oddalać się), Ada sobie łazi, ogląda trawki, grzebie w piachu i wspina na drabinki.
Posiłki jadamy teraz w większości na balkonie, a wieczorem po pracy wyleguję się z książką na leżaku na powietrzu. Urządziliśmy też ostatnio piknik na trawie pod blokiem, do którego przyłączyli się sąsiedzi z dziećmi, z którymi Nela i Julek szaleją na rowerach. Zaczyna się też mój ukochany sezon warzywny- szparagi (ach, szparagi!), młoda kapusta, młode marchewki, kalarepka, szpinak, botwinka. Słowem-bosko, i mimo pracy czuję sie na nieustających wakacjach.
W zesżłym tygodniu dzieci były chore, ale z racji ciepłej pogody na szczęście nie obowiązywał areszt domowy :) Nie chorowaly w ogóle w tym sezonie jesienno-zimowym, więc widać musiało ich dopaść teraz :)
A dziś dzięki letniej pogodzie mamy za sobą pierwsze w tym sezonie rodzinne pływanie w jeziorze!
Poniżej migawki z naszego zielonego raju nad jeziorem:











Mam do nadrobienia jeszcze urodzinowy wpis Neli, ale to na dniach :)
Majowe, wiosenne uściski wam przesyłam!
A pamiętacie tę piosenkę?

Wiosna już, zielony miesiąc maj, z płatka wróż, w zielone z nami graj! Zielono mi, tak majowo mi, w zielone maja dni!

czwartek, 4 kwietnia 2013

lapidarium

dzisiaj poszłam do Biedronki po jakąś bzdetę i wróciłam z bzdetą i VI, brakującym na mojej półce Lapidarium Kapuścińskiego za 7,99. ten sklep zadziwia mnie czasami.

pogoda mnie dobija jak wszystkich, mam już dosyć sprawiania sobie zastępczych przyjemności, choć wytrwale to robię :) wczoraj ciuchland z mamą i parę fajnych łupów- sukienko- tunika w moim ulubionym, ciemnoszarym kolorze, rewelacyjny, mały (szary) żakiecik i fajna bluza dla A. jem furę warzyw i mam już w nosie "chemiczność" nowalijek- prędzej mnie ta pogoda zabije ;) najlepiej czuję się tuż po siłowni, naładowana pozytywnie po dawce ruchu- ale niestety energia mnie opuszcza po wyjściu stamtąd w śniegową breję.

święta były naprawdę dobre. w Wielki Piątek pojechaliśmy do Warszawy z Nelą (mama została z Julem i Dusią). To największe święto dla nas, a ponieważ Adam pracuje w kościele, przygotowujemy zawsze specjalną oprawę muzyczną nabożeństwa- oboje gramy, a także ja śpiewam jakąś pieśń lub arię związaną z tematem. Fajnie to wyszło. Przy okazji spędziliśmy sporo czasu z Nelą, plując sobie odrobinkę w brodę że nie poprzestaliśmy na jednym dziecku ;) tak miło i spokojnie jest z taką prawie 6-latką! Porozmawialiśmy sobie kulturalnie przy obiedzie w pizzerii, na nabożeństwie Nela śpiewała już niektóre pieśni i modlitwy.
w sobotę w sumie leniliśmy się w domu i mieliśmy gości na obiedzie- moich rodziców i przyjaciółkę mamy, która przyjechała z Anglii (bardzo ją lubimy i cenimy). zrobiłam jak to ja nietradycyjnie jedzonko: zupę cytrynową z jajkiem (akcent wielkanocny ;)), risotto szafranowe i dużą sałatę do tego, a na deser przepyszne  ciasteczka financiers. No i był Zajączek Wielkanocny :)  W naszym domu przynosi on zawsze plan mieszkania z zaznaczonymi krzyżykiem punktami, w których można znaleźć drobne upominki- w tym roku żelowe pisaki, brokatowy papier do wycinanek, małą książkę, rolkę Domostrady i obowiązkowe czekoladowe podobizny Ofiarodawcy :)
W niedzielę przed południem zjedliśmy leniwe śniadanko (akcent wielkanocny- jajka na miękko ;)), słuchaliśmy dużo muzyki i graliśmy w planszówki. Obiad u moich rodziców, tradycyjny tym razem. A na poniedziałek pojechaliśmy do Warszawy, do moich teściów (i do kościoła, bo A. grał).

zdecydowaliśmy że nie nastawiamy się teraz na szukanie pracy dla A., zwłaszcza że ja naprawdę sporo teraz pracuję i nieźle to finansowo wygląda, poza tym mamy też kasę z wynajmu mieszkania, które wreszcie znów się wynajęło i to chyba na dłużej. No i A. ma pensję z kościoła, niezbyt dużą ale zawsze. A. będzie się przygotowywał do egzaminu na aplikację który jest we wrześniu, no i zajmował dziećmi w czasie gdy ja pracuję- dzięki temu wzięłam trochę więcej pracy. Jestem zachwycona takim układem- od urodzenia Neli spędzałam więcej czasu w domu niż pracując i miałam tego serdecznie dość. Bardzo lubię moją pracę, i chciałam więcej pracować, ale nie chciałam zostawiać Ady pod czyjąś opieką do pójścia do przedszkola. A. jest idealnym ojcem, a w zasadzie- on jest chyba lepszą matką a ja niezłym ojcem ;) tak stereotypowo patrząc. teraz planuję małą rewolucję w naszym gabinecie bo brakuje mi dużego biurka/blatu do szykowania się do zajęć- mam z tym mnóstwo wycinania, rozkładania obrazków itd i nie chce mi się chodzić ze wszystkim do salonu na duży stół albo rozkładać na podłodze.

No a w lecie planujemy nadszarpnąć nieco oszczędności i pozwiedzać Italię :) I to nas chwilowo trzyma przy życiu.

Mały przegląd komórkowych  migawek z naszego życia:











przepis na te pyszności znajdziecie na www.est-ouest-est-ouest.blogspot.com























środa, 27 marca 2013

Specjalne zdjęcia dla Kartoflanej :)

Mazurek marmurkowy Elli-Kartoflanej. Arcyprosty i podobno pyszny (podobno- bo jadły go dzieci w szkole mojej córki; Nela twierdzi że wszystkim smakowało, jej też :)).
Po przepis kieruję na www.zkartoflanegopola.blox.pl

Ellu- Dużo radości ze Zmartwychwstania i Wesołych Świąt dla całej Waszej rodziny!




sobota, 9 marca 2013

budujące wspomnienia

jeszcze zupełnie niedawno wspomnienia mnie frustrowały.

może wstyd się przyznać, ale tak było. myślałam sobie: o jak było fajnie, szkoda że BYŁO. o jak nam było dobrze, szkoda że BYŁO. wtedy to BYŁY czasy. teraz jest inaczej, no może BYWA fajnie, dawniej też wiecznie różowo nie było, ale dlaczego tamto BYŁO i NIE WRÓCI?

a ostatnio- i może znow wstyd się przyznać bo mało odkrywcze to odkrycie- odkryłam że wspomnienia mogą być budujące a nie frustrujące.bowiem  największe och! wzbudzały we mnie takie wspomnienia., które są wspomnieniami chwil szczęścia tak krótkich jak błysk flesza; wspomnienia-obrazy, ale obrazy wyjątkowe, bo ze światłem i dźwiękiem i smakiem i zapachem. nie że kiedyś było dobrze a dzisiaj żle. raczej- że kiedyś zdarzył się moment taki a taki a teraz już się nie zdarza.

i w swojej mało odkrywczej odkrywczości odkryłam, że własnie ta niepowtarzalność stanowi o ich uroku. co więcej- można stworzyć taką powtarzalność, która uroku im nie odbierze. myśląc bez frustracji, bez autozazdrości o tych miłych chwilach, momentach o różnym znaczeniu i wadze, przeżywam je znów i znów, smakując je na nowo. co więcej, otwierając się na nie powoduję, że wracają w najmniej spodziewanych momentach, wywołując niezrozumiały dla otoczenia uśmiech i ciepło w sercu.

dzisiaj wróciła taka niewinna scena. jesteśmy z moim mężem, jeszcze bezdzietni, w kafejce na Nowym Świecie w Warszawie. zdążyliśmy w ostatniej chwili- za oknem leje deszcz, niesamowita letnia pompa, strugi deszczu. ja mam na sobie cienką indyjską czarną sukienkę i przemoczone espadryle. zamawiamy pełne lodu smoothies truskawkowe, i zabieramy się za grę w Master Minda. gramy tak i gramy, czas upływa tak, jak już nigdy nie upływał od narodzin naszej pierwszej córki. minie parę godzin nim leniwie pójdziemy objęci na obiad.

albo taka chwila- wiatr targa wysokimi topolami, po ulicy lata unoszący się kurz, spadające gałązki. wiatr wróży pierwszą wiosenną burzę, huczy i przesuwa po ciemnym niebie niewidoczne, ciemne chmurska. wysiadamy z samochodu na ulicy Karowej, podekscytowani ściskamy się za ręce. Tej nocy urodzi się nasze pierwsze dziecko.

albo parę dni  przed ślubem, idziemy nagrzaną słońcem Marszałkowską, ja jestem tak nakręcona, podekscytowana, rozradowana, że aż wymachuję ręką która trzymam za rękę mojego przyszłego męża. Na każdych światłach całujemy się, gadamy o czymś lekkim i czuję się jak balon pełen helu. kilka dni później, w kościele przy Kredytowej, ksiądz podczas naszego ślubu mówi, że widział nas wówczas, na tej ulicy, i widział wielkie szczęście i wielką miłość.[wspomnienie do przywoływania po kłótniach małżeńskich ;)]

dużo takich wspomnień czeka pewnie w kolejce  w tej części mojego mózgu, do której chwilowo nie mam dostępu. czekam na nie!

[ślubny złośliwie mówi, że upodobanie do wspomnień to oznaka starzenia. hmmm?]


wtorek, 26 lutego 2013

jak wychowuję

Jest taki cykl w którymś z czasopism "Jak wychowuję". Podoba mi się, bo nie ma tam norm, dogmatów, zasad, po prostu różni ludzie mniej lub bardziej znani mówią jak wychowują swoje dzieci. Modeli jest tak wiele jak rodziców, praktycznie. Co nie znaczy, że wszystkie muszą mi się podobać. Są rzeczy, które są zwyczajnie dla dzieci niedobre. Są takie, o które można się spierać. A są takie, które są kwestią indywidualnego podejścia rodziców, jak im dobrze, jak im wygodnie; ja mogę krytykować, ale dopóki mnie ktoś o zdanie nie spyta, nie będę się tą opinią dzielić. Podobnie był w TVN Style taki cykl o mamach z różnych stron świata, mieszkających w Polsce. Oglądałam kilka odcinków  w internecie, gdyż w jednym z nich brała udział moja szwagierka, która jest Kubanką. Różne dziwne rzeczy ludzie z dziećmi robią, a one uparcie wyrastają na dorosłych, powiem wam ;) A czasem takich nieomylnych ludzi u nas na placu zabaw można spotkać, z dostępem do jedynego słusznego modelu przetrwania :) Ja nawet mając swoją opinię na temat czyjegoś wychowywania, nigdy nie uważam swojego za bardziej słuszny. Inny, może lepszy dla mnie, ale nie- obiektywnie.(nie mówimy tu o patologii).

To jak wychowuję, nie wynika z jakiejś przemyślanej wcześniej teorii. Wiele się zmieniło, od kiedy na stole w moim salonie wylądowało po raz pierwszy nosidełko z czterodniowym noworodkiem, a my z mężem spojrzeliśmy na siebie z pytaniem: no dobrze, i co teraz? Wiem czego chcę nauczyć swoje dzieci, jakie mam priorytety. Ale wiem też, że wychowanie to także wspólne tworzenie rodziny; zgodna koegzystencja. Potrzebowaliśmy czasu żeby się dotrzeć jako rodzina, jako rodzice.

Myślę, że moją mentalność paradoksalnie bardziej ukształtował tata niż mama. To ciekawe, bo mieszkałam od urodzenia w Polsce, w Argentynie bywałam wakacyjnie, a mimo to bliżej mi do mentalności kraju, z którym w zasadzie się nie identyfikuję. (Czy mentalność przekazuje się wychowaniem? czy w genach? czy kształtuje ją miejsce zamieszkania?). Podobnie z moim modelem wychowawczym. Wiele z rzeczy, o których piszę poniżej, wynika z modelu który przywiózł ze sobą mój tata.
 Dla mnie dzieci nie są pępkiem świata. Nie są celem mojego istnienia ani jedynym sensem naszego życia. Ich kolejne dołączanie do naszej rodziny nie wywróciło jej do góry nogami. Wchodząc do rodziny, wnoszą do niej coś nowego, cennego ,a jednocześnie muszą się dostosować do panujących reguł, współtworzyć rodzinę mając swoje prawa i obowiązki. Nauczyć się- w tym środowisku pełnym miłości i życzliwości- funkcjonowania w społeczeństwie, aby coraz bardziej do niego wychodzić.
Ale w naszej rodzinie równie ważni jak dzieci jesteśmy my, mój związek z męzem, a także każde z nas z osobna. Dzieci towarzyszą nam praktycznie we wszystkim, rzadko robimy coś sami, ale też nie kształtujemy tego co robimy pod kątem dzieci. Owszem, poświęcamy im czas i towarzyszymy podczas wypraw do dziecięcego teatru, na sanki etc. Ale gdy my mamy ochotę na wyjście czy wyjazd, dzieci towarzyszą nam. Dla mnie ważne jest wychodzenie z domu, chodzenie do kawiarni, restauracji, muzeów, wyjeżdżanie. Dzieci od małego chodza z nami- Julek był  pierwszy raz w kawiarni mając dwa tygodnie. W zeszłą sobotę byliśmy na kolacji z grupą znajomych w restauracji, dzieci zjadły spaghetti a później zasnęły- Nela i Julek na sofie, Ada w wózku. Ponieważ są do tego przyzwyczajeni od małego, nigdy nie widziałam aby się "męczyli", płakali, marudzili. Starsi zamawiają sobie jedzenie, potem całą trójką pałaszują, wyciągają kredki i rysują, jak są zmęczeni padają wśród gwaru rozmów. Przeniesieni do samochodu i łóżek w domu śpią dalej. My też opanowaliśmy umiejętność pogodzenia prowadzenia dyskusji na intelektualne tematy z jednoczesnym opanowywaniem latającego na boki spaghetti czy przewijanie i karmienie w różnych dziwnych miejscach. Chodzą z nami w różne miejsca czasem wynosząc coś z tego dla siebie ( na przykład Nela jest teraz wielką fanką oglądania obrazów w muzeach) a czasem po prostu nam towarzysząc (noworodkowi wystarczy bliskość mamy, w chuście, słysząc bicie serca, moje niemowlaki były szczęśliwe wszędzie). Nie mamy poczucia że dzieci nas ograniczają, że rezygnujemy z czegoś dla nich- więc i z większą radością poświęcamy czas na ich przyjemności. Na pewno są ludzie którzy nie czuliby się źle rezygnując z tego wszystkiego; ja na pewno tak. I nie wysżłoby to naszej rodzinie na dobre. Są osoby, które po urodzeniu dziecka mają potrzebę zaszyć się w domu, sam na sam z dzieckiem. Ja próbowałam przy Neli i mało nie zwariowałam. Ja czułam sie szczęśliwa rozmawiając z przyjaciółmi z dzieckiem przy piersi :)
Z tymi wyjściami wiąże się kultura jedzenia, bardzo dla nas ważna. Od kiedy umieją siedzieć nasze dzieci wszystkie posiłki spędzają siedząc przy stole.. Próbują różnych potraw, od niemowlęcia grzebiąc nam w talerzach. Gdy któreś skończy, musi poczekać przy stole aż inni zjedzą (no, chyba że po-posiłkowa rozmowa nadmiernie się przedłuża), porozmawiać ze wszystkimi. Od małego powinno zachowywać się stosownie do sytuacji i miejsca, ubrać się odpowiednio do okoliczności.
Jest u nas w domu dużo czytania i rozmawiania, mało TV (czasem wybrane ciekawe programy, filmy czy bajki oglądamy na DVD lub w internecie), nie gramy na komputerze. Dużo czasu spędzamy na dworze, aktywnie. Staramy się jeść zdrowo i sezonowo, choć nie robimy z tego religii.

Co jest dla mnie ważne? Żeby były otwarte, tolerancyjne w rozumieniu- szanowania inności, i nie wtrącania się dopóki nie dzieje się krzywda. Są wychowywane jako luteranie, ale z wiedzą i poszanowaniem innych religii oraz postaw takich jak ateizm czy agnostycyzm. Stykają się z także z naszymi najlepszymi przyjaciółmi, którzy są parą homoseksualną i mam nadzieję że dzięki temu wyrosną w przekonaniu o równości orientacji seksualnych.
Żeby znały wartość pracy.
Żeby miały umysły krytyczne, nastawione na argumentowanie, poddawanie weryfikacji tego z czym się zetkną.
Żeby rosły otoczone sztuką i dobrą literaturą.
Żeby znały wartość relacji międzyludzkich, wartość rozmowy, bycia razem. Poznały sztukę kompromisu, dyplomacji, przyjemność dawania. Przyjemność kochania, wychodzenia naprzeciw drugiego człowieka.
Żeby lubiły sport, aktywne spędzanie czasu, dobre jedzenie.
Żeby nie były konsumpcyjnie nastawione do życia. Żeby doceniały raczej być niż mieć.
Na ile się to uda- nie wiem. Ale wiem ile ja wyniosłam ze swojego domu i wierzę, że w ich przypadku będzie podobnie.




sobota, 16 lutego 2013

Zima w mieście Lublinie

Na półmetek ferii wpis o feriach pięcioosobowych :)

Nie wyjeżdżamy na ferie zimowe. Nie jeździmy na nartach więc ten podstawowy dla wielu ludzi argument do wyjazdu odpada. Wszystkie pozostałe rzeczy możemy zrobić w mieście, zwłaszcza że mieszkamy w mieście niezbyt dużym, którego podstawową zaletą jest łączenie miejskich zalet z bliskością terenów pozamiejskich- jakby się już to miasto komuś przejadło, bez korków w dziesięć minut lądujemy na łonie natury. Do tego nasze osiedle- osławione, peerelowskie bloki- dostarcza wielu możliwości wypoczynku. Dodajmy też, że jest nas pięć osób, a nie ukrywajmy bogaci nie jesteśmy- także ten element logistyczny należy włączyć w planowanie ferii. Nela ma ferie szkolne, a Julkowi zrobiliśmy na jego życzenie tydzień ferii od przedszkola. Co robimy zimą w mieście, różnorodnie, ciekawie, zdrowo i niedrogo?

1. SANKI - na początku tygodnia zima trzymała się jeszcze mocno, a pięć minut drogi od domu mamy piękny, duży wąwóz lessowy z idealnymi wprost zboczami do jazdy na sankach, ślizgach, są też narciarze i snowboardziści. szaleństwo! obowiązkowe kakao po.
2. WARSZTATY W GALERII LABIRYNT- chodzimy na nie regularnie przez cały rok, ale ostatnio była przerwa spowodowana przeprowadzką galerii i tak się miło złożyło, że ponowne uruchomienie warsztatów zbiegło się z początkiem ferii. Co dzieci tam robią? Poznają sztukę współczesną, patrząc, rozmawiając, dyskutując i przede wszystkim- tworząc. Wszystko to pod okiem wspaniałej entuzjastki pani Ani. I za darmo.
3. ŁYŻWY- w Icemanii, duże, kryte dachem lodowisko. Dzięki karcie Rodzina 3+ (to karta dla dużych rodzin z trójką i więcej dzieci oferowana przez władze miasta, uprawnia do zniżek w wielu miejscach w mieście) płacimy po 4 złote od osoby za godzinne wejście. Plus za wypożyczenie łyżew, a w tym dzieci jeszcze wypożyczają- chcieliśmy najpierw sprawdzić czy się spodoba. I to jak!- śmigają jak starzy. No dobra, Ada na razie kibicuje ;)
4. TEATR-przedstawienie Pasterka i kominiarczyk wg Andersena w Teatrze im. Andersena. W ferie, w dni tygodnia, za darmo.
5. BASEN- na basenie Uniwersytetu Przyrodniczego płacimy 26 za godzinę za całą piątkę- bo dzieci wchodzą za darmo.
6. PLAC ZABAW- niby oczywista oczywistość, ale niekoniecznie w lutym ;) my jesteśmy stałymi i całorocznymi bywalcami placów a dzięki zamieszkaniu na starym osiedlu, otoczonym innymi starymi osiedlami, placów mamy miliony do wyboru- większych, mniejszych, każde osiedle ma kilka i jakże ekscytująca jest wyprawa " na ten plac z czerwoną zjeżdżalnią" albo "na ten duży gdzie jest pociąg". Niespodziewane zimowe atrakcje placów to odśnieżanie sprzętów, taplanie się w błocie, supertempo osiągalne przez ortalion na zmrożonej zjeżdzalni oraz efekty specjalne lądowania w kałuży z kruszonym lodem.Potrzebne tylko nieprzemakające kombinezony lub spodnie na szelkach i kilka par rękawiczek na zmianę. Oraz pralka oczywiście. Koszt to jedynie porcja proszku do prania i wody po każdej wyprawie ;)
7. ZALEW ZEMBORZYCKI- rzut beretem od naszego osiedla jest Zalew Zemborzycki, otoczony lasem, z e świetnym placem zabaw. Teraz wycieczka była pod hasłem zdobywania ośnieżonych szczytów- my szliśmy chodnikiem nad wodą, pchając wózek ze śpiącą Adą, a Starszaki miały różne terenowe zadania na wzniesieniach okalających zalew. A na koniec odkryli zjeżdżalnię zafundowaną im przez naturę- długie i strome wyżłobienie w zboczu, pokryte lodem i rozmarzającym śniegiem. Ależ się jedzie na tyłku!
8. KUCHNIA- spokojny czas na kulinarne próby potomstwa. Bez pośpiechu i bez nerwów, atrakcją są najzwyklejsze czynności.
9. TEATR STARY- czas dla mnie. Debata o facebooku i kulturze z udziałem Jacka Dehnela. Bardzo interesująco i ożywczo intelektualnie dla steranej matki ;) Wstęp wolny.
10. NOCLEG U DZIADKÓW- atrakcja dostępna dla szczęśliwych posiadaczy takowych, którzy choć zapracowani, szczęśliwie działają w branży edukacyjnej i mają zbieżnie ferie. Dobrze działa na więzi rodzinne- dziadków z wnukami, oraz rodziców ze sobą nawzajem. A jeszcze można się wyspać :)
11. ODWIEDZINY- można sprawić komuś przyjemność i zarazem rozbić tak zwany długi zimowy wieczór. Herbatka u cioci- babci przy okazji grzeje nas w cieple rodzinnej aprobaty. A dzieci mogą podokazywać w cichym zwykle domu i zjeść pysznego ciocinego racuszka. Ciociu, dziękujemy!

A w przyszłym tygodniu Julek wraca do przedszkola, ja mam trochę pracy a ponieważ to także moje ferie, zamierzam sporo wolnego czasu poświęcić sobie. I tym sposobem dojdziemy do końca ferii, które optymistycznie będą już prawie prawie marcem, a marzec prawie prawie no bardzo prawie...wiosną?

:)

czwartek, 7 lutego 2013

fotoreportaż kuchenno-lajfstajlowy

Tłusty Czwartek, poziom cukru zamula mi mózg więc dziś nie będziemy rozwodzić się nad związkami partnerskimi albo pozycją kościoła we Wszechświecie (o tym-inną razą). Dziś będzie powieść-instruktaż w odcinkach pt. "FAWORKI". uwaga, post długi i wyczerpujący ;)
Zarzucają nam co poniektórzy członkowie rodziny (nie mojej), że nie jesteśmy dostatecznie tradycyjni, to- o- proszę:

Najpierw zagniatamy ciasto. Najlepiej mężem. Troszkę wygląda jakby niedźwiadek wdepnął w miskę :)
                                      
Zagniecione ciasto wygląda tak:




Teraz należy wdrożyć przemoc i ciasto porządnie zbić. Czym kto lubi- sprawdza się jak widać i wałek, i młotek od przebijanki.


 Następnie odbieramy instruktaż robienia faworka z naciętego paska

I można pokazywać samemu- krok po kroku
                                     


No i smażenie
 Aby umilić Wam oczekiwanie oto nasz największy przysmak dziewczyny! ;) Kurczę, nigdy tego nie kupuję i nie wiedziałam, że w tych warstwach kultury kulinarnej retroseksizm trzyma się mocno!

I gotowe! Sfotografowanie pełnego talerza jak na prawdziwym lajfstajlowym blogu niestety się nie udało albowiem gdyż pożerano na miejscu. Na gorąco.


 Najmłodsza zajmowała się głównie etapem ostatnim
 jeszcze wylizać talerz

 Pyyszne!

Kto dotarł do końca, życzymy aby w boczki nie poszło i tego życzcie i nam!